Poród domowy – Florentynka

Poród nie ma dobrego PRu. Na filmach bohaterki krzyczą w niebo głosy od pierwszego skurczu, a wraz z rozkręceniem się akcji jest tylko gorzej. Na co dzień od rodziny i koleżanek, czy też w internecie możemy wysłuchać i przeczytać mrożące krew w żyłach historie o komplikacjach, nacięciach, próżnociągach i cesarskich cięciach przeprowadzanych w ostatniej chwili. Czy w takiej sytuacji decyzja o porodzie w domu (w mieszkaniu w bloku), to nie proszenie się o problemy?

Przy pierwszym porodzie w ogóle nie wiedziałam o tym, że można rodzić w domu. Taki pomysł, pewnie nawet gdybym wiedziała, nie przeszedłby mi przez myśl. Jadąc na porodówkę za pierwszym razem o porodzie wiedziałam (oczywiście z perspektywy obecnej wieloródki 😉 ) mniej niż zero i byłam zupełnie skazana na szpitalny personel. To oni mówili mi co mam robić, kiedy mam robić, a mi pozostało się dostosować. Mimo to, wspominam ten poród bardzo dobrze, a wielka wanna z sali porodowej ma specjalne miejsce w moim sercu.

Przy drugim porodzie byłam nastawiona zadaniowo. Wiedziałam co mnie czeka i byłam przekonana, że świetnie sobie poradzę. Co więcej, wiedziałam doskonale czego nie chcę i co sprawia mi największy ból. Jest to leżenie na plecach z powodu bóli krzyżowych, które muszę po prostu rozruszać, rozchodzić, zrobić cokolwiek żeby zminimalizować ucisk. Kiedy przenieśli mnie z patologii ciąży, gdzie jakieś 2h trzymali mnie pod KTG na plecach, bo Amadeusz nie miał ochoty się ruszać, na porodówkę i miła położna zaprosiła mnie na łóżko, bo musi podpiąć mnie pod obowiązkowe 40min KTG miałam ochotę uciec. Moje protesty i łzy w oczach nie miały znaczenia. Znaczenia nie miało też to, że wenflon wbiła mi o 6:50, a o 7:30 Amadeusz był już na świecie… W dodatku akurat o 7:00 była zmiana położnych i trafiła mi się pani zupełnie nie „w moim charakterze”. Z tego porodu też jestem mimo wszystko bardzo zadowolona, a co najważniejsze nieporadność tej drugiej położnej i zupełne nie liczenie się z tym co mówię i czego potrzebuję przekonało mnie do tego, że więcej nie chcę przez to przechodzić…

Nie myślałam na początku o tym, żeby rodzić w domu. Nawet pamiętam jak opowiadałam mojemu bratu, że kobiety decydują się rodzić w domu – szaleństwo! Tak myślałam dwa lata temu, a z czasem czytając, zdobywając wiedzę i poznając siebie doszłam do wniosku, że po pierwsze to nie jest żadne szaleństwo, a po drugie to najlepsza opcja dla mnie i mojego dziecka!

Do położnej, żeby zaklepać termin dzwoniłam w 12 tygodniu ciąży, byle tylko mieć pewność, że będzie dla mnie miała w maju czas. Kiedy zapewniła mnie, że jestem wpisana w kalendarz, ale przed nami i tak kwalifikacja i spotkanie na początku 3 trymestru, ja byłam zachwycona. Byłam tak podekscytowana opcją porodu w domu, że byłam gotowa rodzić już, natychmiast! Musiałam jednak poczekać i mieć pewność, że nie dojdzie do żadnych komplikacji, które mogłyby mnie zdyskwalifikować…

W poprzednich ciążach zaliczałam kilkukrotnie patologię ciąży. Tym razem robiłam wszystko, żeby do tego nie doszło. Piłam co posiłek specjalne ziółka żeby uregulować cukier i nie mieć czasem cukrzycy ciążowej – udało się! Brałam magnez, oszczędzałam się ile to tylko było możliwe przy moich pełnych energii chłopcach. I tak, dotrwałam do pierwszego spotkania z położną!

Trochę się stresowałam przed tym spotkaniem, bo co jeżeli się nie zgodzi? Mój strach nie był tak zupełnie bezpodstawny, ponieważ rozmowę zaczęliśmy od tego, że musieliśmy ją przekonać do naszych argumentów za porodem domowym! Poród w domu nie jest dla wszystkich, po prostu. Poza tym, trzeba być świadomym wszelkich potencjalnych zagrożeń dla mamy i dziecka, komplikacji, które mogą się pojawić. Tak naprawdę można powiedzieć, że to dwugodzinne spotkanie polegało głównie na „zniechęcaniu” nas do tego pomysłu. Jednak my byliśmy zdeterminowani i już przed spotkaniem świadomi przynajmniej większości „ale” i odpowiedzialności jaka na nas leży wybierając tę opcję. W końcu w szpitalu można zdać się na personel i powiedzieć „nie wiedziałam”, „robiłam co mi kazali”, „nie zrozumiałam lekarza”, „nie byłam świadoma”. Przy porodzie w domu nie ma na to przestrzeni, bierzesz życie swoje i dziecka w swoje ręce i musisz od początku to do końca być tego świadoma. Położna jest tylko wsparciem, nie wyciągnie z Ciebie dziecka, nie teleportuje Cię do szpitala – chociaż oczywiście robi wszystko żeby zminimalizować ewentualne zagrożenia i zadziałać odpowiednio wcześnie.

To drugie spotkanie było jakoś w okolicach 30 tygodnia. Po nim pozostało poczekać do przełomowego 37 tygodnia, umówić się na wizytę kwalifikującą do ginekologa wskazanego przez położną, zrobić wymagane badania krwi i… spotkać się drugi raz z położną i podpisać umowę. Miałam takie dziwne przeczucie, że muszę to zrobić szybko, że nie mogę zwlekać do 38 tygodnia. I jakie trafne było to przeczucie i dobrze, że zaufałam intuicji!

Najpierw jednak, jak to było na kwalifikacji u ginekologa… Było to bardzo szczegółowe usg plus ktg. W sumie to usg bardziej przypominało badania prenatalne i lekarz sprawdzał wszystko bardzo, bardzo dokładnie. Co zabawne, na kwalifikacji byłam w dniu naszej 11 rocznicy! Stresowałam się, ale otrzymanie zgody na poród domowy, było doskonałym „prezentem” od losu. Jak tylko wyszłam od lekarza skontaktowałam się z położną i umówiłam na czwartek. Kiedy się spotkałyśmy jeszcze raz omówiłyśmy szczegóły, plan działania – dostałam szczegółową rozpiskę z jej planami na najbliższe 3 tygodnie oraz zbadała mnie. Wtedy też uznała, że do porodu jeszcze daleko i umówiłyśmy się, że będę rodzić 7 maja, bo to taka ładna data (termin miałam na 9 maja).

Florentyna miała jednak inne plany! Już w poniedziałek wiedziałam, że coś się zaczyna dziać. Dlatego jeszcze wieczorem szykowaliśmy pokój. Wieszaliśmy girlandę, ustawiałam kwiaty w wazonach – wiedziałam, że koniecznie muszę mieć świeże kwiaty i najlepiej żeby były to żółte tulipany (albo fioletowe bzy, jednak tę myśl porzuciłam obserwując naszą tegoroczną wiosnę…) Położyłam się normalnie spać, a ok 2 w nocy obudziła mnie rozkręcająca akcja… Nie wchodząc za bardzo w szczegóły udało się ją powstrzymać, bo wtorek był jedynym dniem, kiedy nie miałam co liczyć na poród domowy z moją położną, bo miała akurat dyżur w szpitalu. Na szczęście jak na czymś bardzo nam zależy, to naprawdę jesteśmy w stanie to osiągnąć, więc kiedy położna w końcu do nas dotarła ok 20:00, to nic nie wskazywało na to żebym miała przed majem urodzić. A jednak, koło 23:00 nie było już wątpliwości, że będę miała kwietniową córeczkę.

Dla mnie to była bardzo długa noc. Dla mojego męża wręcz przeciwnie, bo smacznie sobie spał. Umowa z położną była taka, że jak skurcze będą regularne i co ok 3 minuty to przyjedzie. O moich skurczach tej nocy można powiedzieć wiele, ale na pewno nie były regularne. Dopiero ok. 5:00 kiedy stwierdziłam, że „przepraszam sąsiedzi, będę Wam lać wodę na głowę” i weszłam do wanny od razu się unormowały. Poczekaliśmy jeszcze chwilę żeby mieć pewność, że nagle się nie rozregulują i zadzwoniliśmy po położną. I tak, o 6:00 rano mieliśmy w domu już całą naszą porodową drużynę, czyli dwie położne i studentkę położnictwa, która pisze pracę magisterską właśnie o porodach domowych, a był to pierwszy, w którym brała udział. Musiałam wyjść z wanny, położyć się na plecy do badania mnie i małej (na szczęście w tej pozycji musiałam leżeć tylko przez jeden skurcz). Potem musiałam porobić trochę przysiadów, żeby naszą kruszynkę nakierować, co należy zrobić i… o 6:40 Florentynka była na świecie! Bez jakiejkolwiek medycznej interwencji, ba! nawet bez parcia, na wydechu przyszła na świat 🙂

Od razu trafiłyśmy do własnego łóżka (rodziłam na krześle porodowym, bo nie potrafiłam się zdecydować na pozycję a mogłam rodzić jak chciałam – na stojąco, leżąco, na kolanach, wszystkie chwyty dozwolone byle tylko było mi wygodnie!) Gdzieś pomiędzy tym wszystkim mała została zważona i zmierzona, a potem zasnęłyśmy jeszcze zanim dziewczyny skończyły pić kawę. Tak, tak była kawka, śmiechy, hihy, a obok śpiące my. Kiedy się obudziłam czekała na mnie pyszna zupa mocy, moja własna łazienka, łóżko i synkowie, którzy przyszli poznać siostrę.

Akcja porodowa nie była łatwa, szczególnie, że trwała ponad dobę. Patrząc z perspektywy czasu (zawrotnych dwóch tygodni) ten poród specjalnie nie bolał, ale był bardzo męczący. Sądzę, że ogromne znaczenie miało bycie we własnym domu, bez jakiejkolwiek presji i świadomość, że poród nie musi boleć i wszystko zależy od tego jak się do niego podejdzie i jak zaakceptuje się skurcze (wiem, że możecie mieć inne, bardziej bolesne doświadczenia, to jednak w żaden sposób nie przeczy temu o czym tutaj piszę).

Uprzedzając pytania, które często padają:
Co ze starszakami? Był plan żeby byli w domu, miała ich doglądać towarzysząca nam studentka. Jednak ponieważ przez niefortunną datę nie byliśmy pewni czy jednak nie skończy się szpitalem chłopcy pojechali na noc do dziadków i przyjechali kiedy mała była już na świecie, a ja miałam szansę trochę odespać. Wcześniej dużo rozmawialiśmy i przynajmniej Teodor wiedział co może się wydarzyć i był przygotowany na różne możliwości.
Co z sąsiadami? Niektórzy piszą karteczki na drzwiach albo uprzedzają sąsiadów. Ja nie krzyczę, więc wiedziałam, że chociaż nasze ściany są żałośnie cienkie i nie mamy za wiele prywatności przed sąsiadami, to nie ma co ich uprzedzać. Miałam rację, pytani po fakcie z pewnym żalem stwierdzali, że nic nie słyszeli i nie wiedzieli, że „takie rzeczy’ się u nas dzieją.
Czy się nie bałam? NIE! Aż sama byłam zdziwiona, ale nawet na sekundę przed porodem czy już w trakcie nie czułam w sobie nawet odrobiny strachu. Jak jeszcze nigdy w życiu, nie miałam minimalnych wątpliwości, że jest właśnie tak, jak powinno być.
Co z badaniami dziecka, szczepieniami itd.? W przeciągu 24h od porodu dziecko musi zobaczyć lekarz. My dostaliśmy od położnej listę sprawdzonych lekarzy i jedna z wymienionych osób przyjechała zbadać malutką. Szczepienia w późniejszym terminie u pediatry. Krew do badań przesiewowych po kilku dniach przychodzi pobrać położna odbierająca poród.
Cena? Nie jest to tania przyjemność i niestety nic się nie zapowiada, że miałaby być refundowana przez NFZ. Do samej ceny podanej przez położną warto od razu dodać wizytę kwalifikującą u ginekologa, koszt dodatkowych badań krwi (ja musiałam extra robić toksoplazmozę), wizytę pediatry i cenę rzeczy do porodu, np. niektóre dziewczyny chcą rodzić w basenie itp.

Czy zdecydowałabym się jeszcze raz na poród domowy? Zdecydowanie tak! Nadal mam łzy wzruszenia jak sobie go przypomnę i na pewno był to jeden z najbardziej przełomowych momentów w moim życiu. Polecam go wszystkim, o ile tylko czują, że są na to gotowi i tego naprawdę chcą.

Mogą Cię zainteresować również

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *